Jazz wielki Miles Davis umiera w Calif. w wieku 65 lat

Miles Davis, trębacz, którego liryczna prostota często redukowała jego publiczność do łez, ale którego demoniczne nawyki czasami przyćmiewały jego geniusz dla jazzu, zmarł w sobotę w St. John’s Hospital i Health Center. Davis, który miał 65 lat, zmarł z powodu połączenia zapalenia płuc, niewydolności oddechowej i udaru mózgu, według rzeczniczki szpitala Pat Kirk, która cytowała lekarza Davisa, dr Jeffa Harrisa.

Dolegliwości, które ostatecznie go zabiły były tylko najnowszymi w serii dolegliwości. Należała do nich operacja gardła z powodu polipów, która następnie wpłynęła na jego głos, operacja biodra konieczna z powodu anemii sierpowatej, infekcje nóg, wrzody, kamienie żółciowe i uzależnienia od heroiny i kokainy.

ADVERTISEMENT

Nazywany jedyną prawdziwą supergwiazdą jazzu ze względu na jego szeroki apel, który przekroczył bariery społeczno-ekonomiczne i „Czarnym Księciem” z powodu odległej elegancji, która była jego osobowością, Davis był serią enigm i sprzeczności.

Był niski i smukły, o delikatnej, niemal kobiecej twarzy, a jednocześnie był wytrawnym bokserem i entuzjastą kultury fizycznej, który przyznał się również do bycia w pewnym momencie alfonsem i narkomanem.

Zawodowo był artystą, który przeszedł od frenetyzmu be-bopu przez erę „cool jazzu” do sfery fusion i rock 'n’ rolla. A jego nagrania, w przeciwieństwie do większości rówieśników, pozostały w katalogach cztery dekady po ich wydaniu _ komercyjne świadectwo jego ciągłej popularności.

Chociaż nigdy nie używał słowa jazz do opisania swojej muzyki – Davis twierdził, że słowo to umniejsza znaczenie formy muzyki utożsamianej przede wszystkim z czarnymi – nie sposób było oddzielić go od tego gatunku.

Od zapchlonych pokoi hotelowych i saloonów pełnych heroiny, które dzielił z Charliem „Yardbirdem” Parkerem w początkach bopu, po syntezatorowe połączenie latynoskich rytmów i afro soulu, Davis był jazzmanem.

Ale w przeciwieństwie do większości walczących artystów zaangażowanych w powojenny rozkwit nowoczesnego, „cool”, jazzu, Miles Dewey Davis III nigdy nie potrzebował pieniędzy.

ADVERTISEMENT

Urodził się jako syn dentysty i chirurga jamy ustnej, który posiadał setki akrów w Alton, Ill., i którego matka uczyła muzyki.

To właśnie ta niezależność finansowa, powiedziała jego siostra Dorothy, sprawiła, że jej brat był w stanie „odwrócić się od ludzi, których nie lubił, kiedy wyczuł rasowy uśmieszek. . . . Zawsze mówił to, co myśli.”

Podczas gdy jego ojciec miał nadzieję, że zostanie lekarzem, 12-letni Miles ciążył ku trąbce i lekcjom u Elwooda Buchanana w St. Louis.

Zachęcano go do naśladowania gracji Bobby’ego Hacketta, a nie gorącej wirtuozerii Louisa Armstronga. Pewnego dnia miał zostać nazwany przez swojego przyjaciela, aranżera Gila Evansa, „pierwszym człowiekiem, który zmienił brzmienie trąbki od czasów Armstronga.”

„Graj bez vibrato” – powiedział kiedyś Davis. „I tak się zestarzejesz i zaczniesz się trząść.”

Z tego rozwinął liryczny, często melancholijny sposób frazowania z ekspresyjnymi niuansami. Był to dźwięk, który kiedyś opisano jako „dźwięk człowieka chodzącego po skorupkach jajka”. Krytyk Ira Gitler opisał ten dźwięk jako „diament tnący w nieprzezroczystym szkle.”

W najczystszej postaci brzmienie Davisa sprawiało, że pisarze szukali synonimów słowa „liryczny”. W swojej głębi było kiedyś oferowane jako lekarstwo na kaca.

„Jakkolwiek ponure może być życie”, powiedział pewien dawno temu recenzent, „nie może być tak ponure, jak Davis to przedstawia.”

ADVERTISEMENT

Davis zwykle dążył do prostoty, w przeciwieństwie do labiryntowych technik innego z uznanych mistrzów trąbki: Dizzy’ego Gillespie.

A z biegiem czasu Davis stał się jeszcze mniej radykalnym improwizatorem, a bardziej przedsiębiorcą tematycznym, nie bojącym się powtarzać i szlifować swoich pomysłów podczas solówek. Z powodu tego dążenia do melodycznej perfekcji oskarżano go czasem o komponowanie swoich improwizowanych refleksji.

Po ukończeniu szkoły średniej Davis wyjechał do Nowego Jorku, gdzie poznał swojego idola, Parkera, a potem Gillespiego. Za namową rodziców zapisał się do prestiżowej Juilliard School of Music, ale więcej czasu spędzał w klubach nocnych przy 52. ulicy, gdzie narodziło się nowe brzmienie zwane „be-bop”.

„W Juilliard,” powiedział Davis, „grałem w symfonii, dwie nuty, „bop-bop’, co 90 taktów. . . . . . Powiedziałem więc, że mnie stąd wypuśćcie i odszedłem.”

Siedział w zespołach Benny’ego Cartera i Billy’ego Eckstine’a, a pierwsze płyty nagrywał z saksofonistą Colemanem Hawkinsem. Dzięki Hawkinsowi, Davis wyrobił sobie gust do drogich ubrań, które w późniejszych latach ewoluowały w marynarki do palenia w kropki, spodnie w kratę i za duże okulary przeciwsłoneczne umieszczone pod głową z włosami, których pozazdrościłaby mu większość męskich lwów.

Davis zawsze cieszył się materialnym sukcesem, jaki przyniosła mu sława i uwielbiał żartować z ludzi, zwłaszcza białych, którzy widzieli jego drogie samochody i wystawną garderobę i podchodzili do niego na ulicy.

ADVERTISEMENT

„Musisz być konferansjerem”, mówili. Davis uwielbiał odpowiadać: „Nie, jestem woźnym.”

Spędził cztery lata z Parkerem, a na początku lat 50. utworzył własną grupę, Capitol Band, nazwaną tak ze względu na serię nagrań dla tej wytwórni. Było to dziewięcioosobowe combo, które grało aranżacje Evansa, wcześniej z Claude’em Thornhillem, choć Davis pisał już wiele własnych materiałów. Brał też udział w eksperymentalnych warsztatach prowadzonych przez Evansa i rozpoczął współpracę z Gerrym Mulliganem, Johnem Lewisem i Johnnym Carisim w serii płyt wznowionych po latach jako Birth of the Cool. Miała to być zapowiedź „cool jazzu”, który sam w sobie stanowił alternatywę dla szalonego tempa „be-bopu”. Wielu przypisuje kwintetowi Davisa (lub sekstetowi w niektórych przypadkach) ustanowienie sceny dla małych zespołów jazzowych, które miały nastąpić później.

Jednak pod koniec lat 40. Davis uzależnił się od heroiny (niektórzy obwiniali wpływ Parkera) i w ciągu kilku lat stał się tak osłabiony, że nie był w stanie występować, choć dokonał kilku nagrań z Horace Silverem, Parkerem, Sonnym Rollinsem i Artem Blakeyem.

W 1954 roku jednak, pomimo tego, co George Wein i większość świata muzycznego wiedziała o trudnej sytuacji Davisa, założyciel Newport Jazz Festival zaryzykował i podpisał kontrakt z Davisem na to legendarne muzyczne spotkanie.

ADVERTISEMENT

Davis wszedł na scenę i dołączył do trwającej jam session, grając wyciszone solo na Round Midnight. Czy był to sam występ, czy też tłum reagował na walkę Davisa z narkotykami, jest kwestią sporną. Owacja, jaką otrzymał, była tak przytłaczająca, że trębacz został zachęcony do stworzenia kwintetu, w którym obok pianisty Reda Garlanda, basisty Paula Chambersa i perkusisty Philly Joe Jonesa znalazł się nieznany wówczas saksofonista tenorowy John William Coltrane.

W 1954 roku Coltrane po raz pierwszy założył na swój róg wyciszenie bez trzpienia, co przyczyniło się do powstania delikatnego frazowania słyszanego na takich albumach jak Bye Bye Blackbird i 'Round Midnight.

W 1957 roku dokonał pierwszego z kilku niezwykłych nagrań solowych na trąbce i flugelhornie, a do kwintetu dołączył kornecista i trębacz Julian „Cannonball” Adderley. Później tacy giganci medium jak Herbie Hancock, Sonny Stitt, Hank Mobley i Shorter wchodzili i wychodzili z jego kwintetu lub sekstetu.

Na scenie Davis nadal zbierał pochwały za swoje eksperymenty i kunszt, ale nie za swoje zachowanie. W przeciwieństwie do większości wykonawców, Davis nigdy nie grał dla publiczności, czasami nawet odwracając się plecami do tłumu i odmawiając zapowiadania utworów, które gra.

Były też czasy, kiedy w ogóle nie pojawiał się na koncertach i czasy, kiedy pojawiał się, ale schodził ze sceny bez żadnej widocznej prowokacji.

„Gram dla siebie i gram dla muzyków”, to wszystko, co Davis mówił publicznie o swoich wybrykach.

W 1989 roku w książce Miles: The Autobiography, Davis potwierdził swoje uzależnienia od narkotyków, gwałtowne epizody z kobietami, w tym z trzema żonami (jedną z nich była aktorka Cicely Tyson), pobyt w więzieniu za brak wsparcia dla jednej z żon i ogólną nieprzyjemność dla otoczenia.

„W moim życiu mam niewiele żalu i mało poczucia winy”, napisał. „O tych żalach, które mam, nie chcę mówić”. To, jak się zachowywał, było nieistotne, sugerował. To, jak grał, nie miało znaczenia.

W miarę jak się starzał, waltornista o zgrzytliwym głosie publicznie odrzucał aforyzm „żywa legenda”, który był coraz częściej używany do opisania go. Mówił, że nie pasuje to do jego dążenia do pozostania w czołówce współczesnej, ewoluującej muzyki.

Jego zapał do pozostania w głównym nurcie muzyki nie wszystkim przypadł do gustu.

W 1990 roku krytyk The New Republic, Stanley Crouch, oskarżył go o „wydobywanie złota głupców z rock 'n’ rolla” w artykule zatytułowanym „Miles Davis: „The Most Brilliant Sellout in the History of Jazz”.”Być może bardziej niż jakikolwiek inny muzyk w historii jazzu”, powiedział krytyk jazzowy Los Angeles Times Leonard Feather, „Miles Davis zmieniał kierunki raz po raz”…

„Podczas każdego ruchu Davis zabierał ze sobą sporą część społeczności jazzowej, pozyskując nowych muzyków i nowych słuchaczy, aby dotrzymać kroku każdemu trendowi. Niezależnie od tego, które z jego wielu oblicz podziwiamy – a niewielu jego zwolenników jest obojętnych na niektóre z jego bardziej radykalnych posunięć – pozostawił po sobie wpływ, który będzie trwał przez następne stulecie i prawdopodobnie dłużej.”

W wywiadzie dla New York Timesa z 1981 roku Davis został zapytany, czy podczas któregokolwiek z jego fizycznych i emocjonalnych zawirowań kiedykolwiek myślał o utracie zdolności do gry. „Nigdy nie myślę o tym, że nie jestem w stanie nic zrobić. Po prostu biorę mój waltornię i gram na niej do cholery.”

W sierpniu został mianowany chevalierem francuskiej Legii Honorowej. Minister kultury Jack Lang nazwał go „Picassem jazzu.”

W epitafium Lang powiedział, że Davis „narzucił światu show-biznesu swoje prawo: estetyczną bezkompromisowość.”

Uroczystości żałobne odbędą się w Nowym Jorku i East St. Louis, Ill.

Subscribe to notificationsUnsubscribe from notifications

Dodaj komentarz